"Imprimatur" pożyczyłam od koleżanki, która poleciła: "fajne". To powieść historyczna, gatunek który lubię, szczególnie kiedy jest tłem dla sensacyjnych wydarzeń. Ochoczo zabrałam się lektury i... utknęłam dość szybko.
Rzecz dzieje się w XVII wieku, a konkretnie w 1683 roku, podczas odsieczy Wiednia. W jednej z rzymskich gospód umiera starszy mężczyzna. Podejrzewa się, że była to dżuma i należy wszystkich poddać kwarantannie. Mieszkańcy gospody, odcięci od świata i pozostawieni sami sobie, zaczynają dziwnie się zachowywać. Okazuje się, że każdy z nich ma jakąś tajemnicę do ukrycia. Sytuacja się komplikuje kiedy lekarz wyklucza dżumę i jako powód zgonu podaje otrucie.
Brzmi świetnie, prawda? Ale uwierzcie mi, bardzo ciężko było przebrnąć przez debaty filozoficzne XVII "mędrców", szczegółowe receptury leków, a nawet przepisy dań. Niewątpliwie autorzy (filolog i muzykolog) włożyli ogrom pracy, aby napisać tę powieść, pokazali ich erudycję i pasję. Jednak dla mnie książka okazała się zwyczajnie nużąca. Poza tym książka ma formę "odnalezionego pamiętnika". Nie cenię jej, zupełnie jakby autor nie miał odwagi przyznać się: "tak, ja to napisałem".
Książki zupełnie nie polecam. Chyba, że cierpicie na bezsenność... Wtedy ta ponad 500 stronicowa powieść będzie wam służyć długo i dobrze.
R. Monaldi, F. Sorti, "Imprimatur", Świat książki", 2005.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz