
Od dawna miałam ochotę zobaczyć ten film, ale dyskusja wokół niego zniechęcała mnie do tego. Jednak teraz, już po obejrzeniu go, rozumiem o co ten hałas i że chyba niemożliwe jest, żeby przejść koło tego filmu obojętnie.
Film opowiada historię miłości w czasach powstania warszawskiego. To jedno zdanie wystarczy za całe streszczenie, bo w całej tej dyskusji czy to dobry film czy popowa rąbanka nie chodzi o treść, ale o sposób jej przekazania. I przyznaję, że bardzo trudno ustosunkować mi się do tego filmu w sposób jednoznaczny.
Z jednej strony znalazły się w nim sytuacje i obrazy, które mnie zachwyciły: np. kadr przypominający widok, jaki ma przed sobą człowiek grający w grę komputerową, poruszenie przez Kamę wątku nierówności społecznych i walki klas (niestety nierozwinięty). Raczej również pozytywnie odebrałam niektóre dość brutalne sceny, jak ta z przejęciem przez powstańców niemieckiego czołgu-pułapki. Scena wygląda na bardzo naciąganą, ale historycy potwierdzają - tak było. Natomiast zupełnie nie do przejścia były dla mnie sceny miłosne. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że w tak trudnych chwilach bliskość drugiego człowieka to była jedyna rzecz, która pozwalała nie zwariować. Jednak te wszystkie slow motion, sceny prosto z filmów Bollywood moim zdaniem zupełnie nie pasowały do tego filmu.
Poza tym film jest zwyczajnie piękny: piękne kadry, piękni młodzi aktorzy, piękne kostiumy.
Czy polecam ten film? Zdecydowanie tak, autorzy filmu osiągnęli to, o czym marzy każdy artysta: o filmie się sporo mówiło, budził kontrowersje, zachęcał do refleksji i zapadał w pamięć.
"Miasto 44", reż. Jan Komasa, Polska, 2014.