Przede wszystkim jest to bardzo dobra powieść, z tych których czytania nie ma ochoty się przerywać, połyka się je jednym tchem, nawet jeśli dość szybko wiemy jak się skończy. Tutaj pozdrowienia dla wydawcy, który na okładce informuje, i to wytłuszczonym drukiem, że jest to "historia chłopca, który wydał Annę Frank".
Czyli znowu wojna i kwestia żydowska, ale tym razem widziana oczami Holendrów i dziejąca się w Amsterdamie, mieście które znajduje się daleko od obozów koncentracyjnych i w którym na początku wojny nie wiadomo tak naprawdę co dzieje się z żydowskimi mieszkańcami miasta znikającymi gdzieś bezpowrotnie.
Bohaterem i jednocześnie narratorem "Wstrętu do tulipanów" jest starszy już człowiek, który wraca wspomnieniami do czasów wojny i z charakterystycznym dla dzieci nieco naiwnym a jednocześnie realistycznym spojrzeniem na świat przedstawia fakty. Wchodzimy w świat dziecka, które w swoich ograniczonych możliwościach poznania i rozumienia świata, próbuje odnaleźć najlepszy sposób działania. Dla którego najważniejsza jest miłość ojca, uznanie ze strony matki, a wydanie żyda oznacza po prostu dodatkowe pieniądze czy rację żywnościową, która może uratować życie chorego ojca.
Śledząc losy tego małego chłopca, któremu serdecznie współczujemy spotykających go nieszczęść, trudno mu nie kibicować w jego poczynaniach. Okrutne, prawda? Na tym polega piękno tej książki. Zmusza nas do refleksji, ukazuje że życie nie jest biało-czarne, że nie można kategorycznie stwierdzić: ten jest bohaterem, a ten jest zdrajcą. Po każdej tego typu lekturze jestem szczęśliwa, że dane jest mi żyć w wolnym kraju, w którym nie muszę dokonywać wyborów dotyczących życia lub śmierci.
PS Duże brawa za piękną okładkę!
Richard Lourdie "Wstręt do tulipanów", Znak, 2013.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz